Nie móc doliczyć się dni i nocy, kalendarz się rozmywa; spać po kilkanaście godzin, póki da się jeszcze zamknąć oczy. Znowu żyć, znowu czuć ból, jedno jest drugim. Ściana się roztapia, każdy dotyk jest na nowo bolesny, jak przedtem, jak wtedy.
</szkic>

Chwila

Przebłysk wspomnienia chwili, w której próbowałem unieść się, stanąć kilka cali nad ziemią, albo skoczyć jak w wodę, opaść łagodnie i położyć się na brzuchu na paru centymetrach powietrza.

Przebłysk wspomnienia chwili, w której z zakurzonego strychu drewnianej chaty schodziłem po drabinie na błotnisty brzeg rzeki.

Przebłysk wspomnienia chwili, w której wyciągałem z własnego pośladka zieloną igłę od strzykawki, odblask strachu.

Przebłysk wspomnienia chwili, w której odejmowałem od ucha zakrwawioną chusteczkę do nosa, nie czując nic, strachu, bólu, zaniepokojenia, nic.

Wrażenia, półmyśli, półuczucia. Strzępki wspomnień. Żadna z tych rzeczy nie zdarzyła się w tym świecie. Wiem, wiem, że mogę pamiętać to, co zdarzyło się Tam. Mogę pamiętać i będę pamiętał, coraz lepiej.

Przywołanie

Był czas, kiedy 15.47 była popołudniem, a nie początkiem dnia.

Był czas, kiedy w jednym dniu można było zrobić tak wiele rzeczy...

Był czas...

Znalezione w papierach

Pisane moim charakterem pisma. Ba, pamiętam nawet, jak to pisałem. Dziwne.

Wykład jest nudny; za oknem cały Świat, świeci mi prosto w oczy. Sala wywrócona na lewą stronę, zamyka Świat na zewnątrz, można nachylić się nad nim i zajrzeć do środka, patrząc w okno jak w mikroskop. Czas też obejmuje i przerasta czas zewnętrzny. Dwie godziny rozciągają się w nieskończoność, zamykają w sobie wszystko inne. Wykład jest nudny; cała reszta nie jest już prawdziwa.

Spacer

Noga za nogą, ciepły wieczór, latarnie. Pomarańczowe światło odbija się od asfaltu. Przydałby się lekki deszcz, mgła. W głowie fragmenty piosenek, strzępy myśli, każdy z nich niedokończony. Półmyśli. Półuczucia. Cienie osób, nawet nie obrazy, nawet nie myśli. Trochę się wyszumiało, powierzchnia wygląda spokojniej. Przekręcić klucz w drzwiach (dwukrotnie, z braku możliwości stukrotnego obrotu, i mieć się). Wchodząc do domu, zamknąć je za sobą, z powrotem odgrodzić się. Zacząć myśleć o czymś.

Mash fotkem?

...

Jeszcze?

Kiedyś...

Archiwum.

From: Maciek Pasternacki <maciekp@japhy.fnord.org>
Newsgroups: pl.soc.dekadentyzm
Subject: ...and every day the paper boy brings more
Date: Tue, 14 May 2002 22:29:18 +0200
Message-ID: <87adr2scbl.fsf@lizard.localdomain>
NNTP-Posting-Host: hell.org.pl
NNTP-Posting-Date: Wed, 15 May 2002 16:13:29 +0000 (UTC)
X-Path-Notice: Path line has been filtered
X-Original-Path: lizard!not-for-mail
User-Agent: Gnus/5.090005 (Oort Gnus v0.05) Emacs/20.7  (i386-slackware-linux-gnu)
X-Favourite-Drink: Cherry-Coke


Pierwszy odruch włączającej się świadomości -- zamknąć z powrotem
oczy, zacisnąć powieki w nadziei, że jeszcze chociaż chwilę uda się
przespać, jeszcze odłożyć nieunikniony moment otworzenia oczu,
podniesienia głowy, ostatecznego potwierdzenia, że nadal jestem w tym
samym miejscu, w którym znajdowałem się parę godzin temu, że naokoło
jest tak samo brudno, że na zrobienie czeka tyle spraw i że czas nadal
płynie obok, przez palce, że wciąż co bym nie próbował zrobić, czas i
tak wykorzysta to przeciwko mnie i się zmarnuje.

Już nie zasnę, już zbyt wiele razy odkładałem ten moment na później.
Cholera.  Wysunąć rękę spod kołdry, dotknąć ściany.  Jest tam, gdzie
była ostatnio.  To nie wróży dobrze.  Poleżeć bez ruchu, spokojnie,
nigdzie się nie spieszy, przecież to obojętne, czy ten czas zostanie
zmarnowany na bezskuteczne próby zrobienia czegokolwiek, czy na takie
leżenie.  Im więcej go za sobą, tym dalej do przodu.  Powoli otworzyć
oczy, na tyle powoli, żeby nie stawiały oporu.  Widok na splątaną
pościel i kawałek ściany.  Niech tak zostanie, nie spieszy się.
Poruszyć stopą, potem drugą, delikatnie przeciągnąć się pod kołdrą.
Wszystko działa zgodnie z przewidywaniami, tak jak ostatnio.  Nie jest
dobrze.

Delikatnie, powoli wyplątać się spomiędzy kołdry i prześcieradła.
Nie, nie wychodzić stamtąd, jeszcze nie, tylko oddzielić jedno od
drugiego i od siebie, przy okazji sprowadzając się do pozycji
półleżącej.  Po drodze jeszcze kontrolnie zamknąć oczy, może jeszcze
da się cofnąć, może jeszcze uda się zasnąć.  Nie uda się.  Rozejrzeć
się.  Pokój jest ten sam, co ostatnio.  Niedobrze.  Ten sam bałagan,
ta sama nie odkurzana od tygodni podłoga, ten sam stos książek do
przeczytania, spraw do załatwnienia, rzeczy do zrobienia, ten sam, jak
zwykle większy niż ostatnio.  Nie jest ani jasno, ani ciemno.  Albo
świt, albo zmierzch.  Spojrzeć na zegarek.  Niewiele to daje, ósma
piętnaście, równie dobrze może być rano, jak i wieczorem.  Więc radio,
po drodze przypomnieć sobie, jak szło to na ,,M'', i całą resztę z tym
związaną.  Radio.  Trochę muzyki, potem Kostrzewa, sygnał Ekspresu.
Aha, czyli wieczór.  Nie jest dobrze.

Wyciągnąć rękę spod kołdry i przetrzeć oczy, zgarnąć włosy z twarzy,
znaleźć okulary.  Na pewno są w promieniu ręki, przecież nie rzucałem
nimi kładąc się.  Są, między papierami z pracy a książkami, które
pewnie przypadkiem zrzuciłem przez sen.  Tak, jest tak samo, jak
poprzednio, ten bałagan wciąż tak samo mnie przerasta.  Cholera,
wieczór.  Znowu w nocy nie zasnę do czwartej.  Usiąść na brzegu łóżka,
chyba już można.  Głowa szumi ostrzegawczo, chyba wolałaby żebym
jeszcze kilka minut poleżał, ale już za późno.  Kiedyś dostanie
tabletkę.  Przynajmniej nie trzeba się ubierać, kładłem się w ubraniu.
Chociaż tyle.  Do świadomości dociera najpierw ciśnienie w pęcherzu,
zaraz potem głód.  Spokojnie, nie wszystko naraz, nie tak szybko.
Wstać, to jest trudne, tego nie można powoli, trzeba szybko się
poderwać, jednocześnie zamknąć oczy i zrobić głęboki wdech, żeby nie
upaść z powrotem.  Przeczekać mroczki przed oczami i huczenie w
głowie, otworzyć oczy i już można dalej.

Najpierw do toalety, bo trzeba.  Łyknąć jakiegoś paskudztwa z butelki
koło stołu, żeby pozbyć się niesmaku.  Kiedyś trzeba by umyć zęby, ale
to nie teraz.  Nie, nie teraz.  Narzucić kurtkę, wyjść gdzieś, gdzie
dostanę jakieś jedzenie, bo tu jak zwykle nic nie ma, w każdym razie
nic, co by jeszcze nadawało się do zjedzenia.  Cokolwiek, byle
przeczekać.  Kiedyś będzie można zasnąć.

--Washington Irving

-- 
__    Maciek Pasternacki <maciekp@japhy.fnord.org> [http://japhy.fnord.org]
`| _   |_\  / See http://japhy.fnord.org/sig.txt for more info -><- WH:
,|{-}|}| }\/ { ...taki list, który nie jest z papieru, a litery
\/   |____/                   leżą w nieładzie, skłania do przemyśleń... }

Tekst niedokończony.

Leży sobie w katalogu ,,do dokończenia'', spogląda smutnymi oczami. Kiedyś może się zań wezmę. Na razie, w ramach robienia z Joga podręcznego notatnika, idzie tutaj.

                             ``I'm telling you this,
                               no eternal reward will forgive us now
                               for wasting the dawn!''
                                                       (Jim Morrison)

  Szarzeje, potem jaśnieje.  Kolejny świt.  Dzień zmarnowany,
przespany, przesiedziany.  Bez wychodzenia z pokoju dalej i na dłużej
niż to konieczne.  Bez rozmawiania z kimkolwiek więcej, niż to
konieczne.  Wieczór, noc.  Bezużyteczne zabawy komputerem, podziwianie
kształtu liter w skrypcie, który pojutrze powinno się umieć cytować na
wyrywki.  Wzrok ucieka, albo bezmyślnie ślizga się po krzywiźnie
liter.  Zero skupienia.

  Kolejny świt.  Nie tak powinno się ten czas spędzać.  Nie tak.
Poranek nie może być sygnałem, żeby wreszcie iść spać, mimo, że tego
dnia ani nie stało się nic, ani nic się nie zrobiło; spać, bo znowu
nie wstanie się wystarczająco mało spóźnionym, aby zrobić, co próbuje
się zrobić od dni, może tygodni, może miesięcy.  Nie wstanie się
i tak, ale to inna rzecz, o tym przekona się później, po południu,
przytomniejąc na tyle, żeby zobaczywszy zegarek uświadomić sobie,
która jest godzina i co to znaczy, a nie tylko wymamrotać w myślach
parę bluzgów i, stwierdziwszy, że nie chce się podnosić, tym bardziej,
że nieszczególnie jest po co, obrócić się na drugi bok i schować głowę
z powrotem pod koc.

  Albo inaczej: odwlekając w nieskończoność moment pójścia spać, po
części dlatego, że zwyczajnie nie chce się ruszyć z krzesła, przełożyć
na to krzesło rzeczy leżące na łóżku, rozłożyć koc, umyć się... a może
bardziej po to, aby być tak śpiącym, żeby po prostu uwalić się na
łóżko i zasnąć, nie zdążywszy odczuć czasami dotykalnej wręcz
nieobecności, czy raczej nieistnienia, bo nie o konkretną osobę
chodzi, a właśnie o takiej nieistnienie; nieistnienia o wiele bardziej
odczuwalnego właśnie podczas zasypiania, kiedy umysł nie jest zajęty
niczym innym, a myśli błądzą swobodnie dookoła tej czarnej dziury,
coraz bliżej.

  Świt... świt powinno się spędzać inaczej.  Albo spać.